Watykan, sierpień 2025 – W maju tego roku z loggii bazyliki św. Piotra rozbrzmiało nowe imię. „Leo quartus decimus” – Leon XIV.
W tłumie rozległy się oklaski, kamery złapały pogodny uśmiech nowego papieża, a w oczach pielgrzymów dało się dostrzec to samo, co w każdej takiej chwili: mieszaninę nadziei, wzruszenia i poczucia, że oto historia znów się toczy.
Ale dla innych – dla ludzi, którzy od lat walczą o ujawnienie i rozliczenie nadużyć w Kościele – ten moment brzmiał inaczej. Gdzieś między okrzykami „Viva il Papa!” można było wyczuć pytanie, które nie miało nic wspólnego z liturgią:
Czy to nie jest ten sam Prevost? Ten sam biskup, który już nieraz odwracał wzrok, gdy trzeba było działać?
Bo zanim Robert Francis Prevost stał się Leonem XIV, zostawił po sobie ślad w aktach kilku diecezji i w pamięci ludzi, którzy prosili go o pomoc. I ślad ten nie zawsze pachnie kadzidłem.
Chicago: dwa nazwiska, które wciąż wracają
Początek tej historii prowadzi nas do Chicago, roku 2000. Prevost obejmuje funkcję biskupa pomocniczego w archidiecezji, która w tym czasie jest już targana skandalami związanymi z molestowaniem nieletnich. Na jego drodze stają dwaj duchowni – i dwie próby charakteru.
O. Richard McGrath – legenda katolickiej szkoły Providence Catholic High School. Charyzmatyczny, lubiany, zaufany. W 1991 roku padają pierwsze oskarżenia o molestowanie ucznia. Sprawa jest cicha, niemal konspiracyjna. Mija ćwierć wieku. W 2017 roku policja dostaje sygnał, że McGrath posiada pornografię dziecięcą. Funkcjonariusze wchodzą do szkoły, ale nie znajdują „wystarczających dowodów” na proces karny. Rok później diecezja podpisuje ugodę cywilną na 2 miliony dolarów.
Publiczna lista sprawców? McGratha na niej nie ma. Dla ofiar to nie tylko brak sprawiedliwości – to sygnał, że instytucja woli ciszę od prawdy.
Ks. James Ray – oskarżony o molestowanie, objęty kościelnymi ograniczeniami. W teorii to znaczy, że ma być trzymany z daleka od dzieci. W praktyce – Prevost zgadza się, by zamieszkał w sąsiedztwie szkoły katolickiej. Dla rodziców to jak zaproszenie lisa do kurnika. Dla obrońców ofiar – dowód, że priorytetem jest „przemieszczenie problemu”, nie jego rozwiązanie.
Dwa przypadki, jeden schemat: papierowo wszystko się zgadza, moralnie – nic.
Chiclayo: kiedy milczenie mówi najwięcej
Rok 2015. Prevost wyjeżdża do Peru, by objąć diecezję Chiclayo. To miejsce inne niż Chicago – mniej kamer, mniej mediów, więcej przestrzeni na to, by pewne sprawy… nie wychodziły poza mury kurii.
Wkrótce pojawia się dramatyczne zgłoszenie od trzech sióstr zakonnych – sióstr Quispe. Oskarżają księdza Eleuterio Vásqueza o molestowanie, nadużycia duchowe, presję psychiczną.
Oczekiwania wobec nowego biskupa są jasne: szybka reakcja, ochrona ofiar, przykład dla innych.
Rzeczywistość? Postępowanie wlecze się miesiącami, a potem niemal znika z radarów. Ks. Vásquez nie traci sutanny, nie słyszy wyroku kanonicznego.
Tymczasem ks. Ricardo Coronado, który publicznie bronił sióstr, zostaje odsunięty od obowiązków. Symbol jest czytelny: mówienie głośno bywa groźniejsze niż czynienie zła.
Sodalitium: gesty i niedomówienia
W Peru Prevost dotyka też sprawy Sodalitium Christianae Vitae – konserwatywnego stowarzyszenia, które według wielu raportów było strukturą nadużyć seksualnych i psychicznych.
Tu jego działania są oceniane dwojako: część obserwatorów chwali go za próby ograniczenia wpływów grupy, inni zarzucają, że zrobił to za późno i bez pełnego rozliczenia winnych.
To właśnie w tej sprawie zrodziła się opinia, że Prevost potrafi zrobić krok naprzód – ale zatrzymuje się w pół drogi, kiedy zaczyna być naprawdę gorąco.
Watykan i cień Capelli
Przyjęcie papieskiej tiary oznaczało też przejęcie całej spuścizny po Franciszku. W tej spuściźnie jest Carlo Alberto Capella – watykański dyplomata, który w 2018 roku został skazany na pięć lat więzienia za posiadanie i rozpowszechnianie dużej ilości pornografii dziecięcej.
Po przedterminowym zwolnieniu w 2022 roku wrócił do pracy w Sekretariacie Stanu w styczniu 2023 – decyzją papieża Franciszka.
Leon XIV miał trzy miesiące, by zmienić tę decyzję. Nie zrobił nic. Capella nadal pracuje w tej samej instytucji, z dostępem do dokumentów i struktur władzy.
Dla organizacji ofiar to test białej kartki: jedno pociągnięcie pióra mogłoby wysłać jasny sygnał, że era pobłażania się skończyła. Sygnału nie było.
Purpurat, który może, ale nie musi
Jedyną personalną decyzją papieża w tej materii była nominacja arcybiskupa Thibaulta Verny’ego na przewodniczącego Papieskiej Komisji Ochrony Nieletnich. Verny to purpurat z dobrą reputacją, ale jego narzędzia są ograniczone – komisja ma charakter doradczy, nie wykonawczy.
Jeśli papież nie da mu uprawnień, zostanie kolejnym figurantem – twarzą, którą można pokazać w komunikatach, ale bez realnej mocy sprawczej.
Trzy miesiące bierności
Pierwsze 90 dni pontyfikatu w kwestii ochrony przed nadużyciami można streścić w kilku punktach:
- brak decyzji w sprawie Capelli,
- brak nowych dochodzeń w sprawach z Chicago i Chiclayo,
- brak ujawnienia archiwów,
- brak wytycznych o obowiązkowym zgłaszaniu spraw do organów świeckich,
- jeden symboliczny ruch personalny (Verny).
W przemówieniach Leon XIV mówi o „zero tolerancji”, ale na papierze jego dorobek jest bliższy dewizie „zero działań”.
Bagaż, który idzie za nim
Od 1991 roku (pierwsze zarzuty wobec McGratha) przez 2015 (sprawa sióstr Quispe) po 2025 (bierność w sprawie Capelli) – historia jest spójna.
To historia człowieka, który potrafi mówić o reformach, potrafi nawet wykonać pojedynczy gest… ale kiedy przychodzi moment na pełną odpowiedzialność, wybiera milczenie.
Czas patrzeć na ręce
Trzy miesiące to niewiele, by zmienić bieg historii, ale wystarczająco, by wysłać sygnał, w którą stronę zamierza się iść. Leon XIV – człowiek z trzydziestoletnim bagażem doświadczeń, decyzji i zaniechań – miał szansę rozpocząć swój pontyfikat mocnym aktem woli.
Mógł przeciąć gordyjski węzeł milczenia i półśrodków, który oplata Kościół w sprawach nadużyć. Mógł pokazać, że nie będzie kolejnym strażnikiem status quo, lecz tym, który je zburzy.
Zamiast tego wybrał ciszę. Ciszę w sprawie Capelli, ciszę wobec własnych, dawnych decyzji w Chicago i Chiclayo, ciszę wobec ofiar, które od lat słyszą tylko obietnice.
Jego jedynym ruchem było powołanie purpurata Verny’ego – gest symboliczny, poprawny medialnie, ale bez mocy sprawczej.
Tymczasem cień przeszłości rośnie. Cień McGratha, który nigdy nie trafił na listę sprawców, choć diecezja wypłaciła miliony odszkodowań. Cień Raya, który mógł mieszkać przy szkole mimo ograniczeń. Cień sióstr Quispe, które zamiast wsparcia zobaczyły, jak karze się ich obrońcę. Cień Sodalitium – organizacji, w której ofiary wciąż czekają na pełne rozliczenie.
Papież, który deklaruje „zero tolerancji”, a praktykuje „zero decyzji”, sam staje się elementem problemu. Nie trzeba nowych skandali, by podważyć wiarygodność – wystarczy bierność wobec starych.
A w tej bierności kryje się dramat: bo każde milczenie na szczytach Kościoła to dla ofiar potwierdzenie, że ich krzywda była, jest i pozostanie mniej ważna niż spokój instytucji.
Jeśli Leon XIV czegoś dowiódł w ciągu tych pierwszych dziewięćdziesięciu dni, to tego, że purpura może lśnić, nawet gdy sumienie pozostaje w cieniu.
A historia, którą niesie, mówi jedno: bez odwagi do konfrontacji z własną przeszłością, żaden papież nie zbuduje przyszłości wolnej od grzechów, które niszczą Kościół od środka.